niedziela, 18 marca 2018

The Quiet Book, Deborah Underwood & Renata Liwska

Przyznaję, że początkowo nie doceniłam picturebooka Deborah Underwood i Renaty Liwskiej. Niesłusznie. "The Quiet Book" odkryłam na nowo (dosłownie i w przenośni) szperając w pudłach, które piętrzą się aż po sufit od czasu ostatniej przeprowadzki. I bardzo się cieszę, bo szkoda byłoby przegapić tę prostą, ale jednocześnie pomysłową i dowcipną książkę. Tym bardziej, że w otaczającej nas rzeczywistości, wypełnionej zgiełkiem i sztucznym hałasem, cisza staje się dobrem deficytowym. Warto się na chwilę zatrzymać i wsłuchać w jej różne brzmienia, pięknie uchwycone i zilustrowane.
  

Deborah Underwood bardzo zręcznie konstruuje historię, w zasadzie jeden dzień z życia grupy przyjaciół, przy pomocy dosyć nietypowego medium – ciszy. Od ciszy poranka, przez ciszę towarzyszącą codziennym sytuacjom, zabawom, psotom i obowiązkom, po ciszę wieczornego zasypiania. Pokazuje jednocześnie, że milczenie jest również pewną formą komunikacji. W ciszy przemawiają nasze emocje, niepokój, ekscytacja, zawstydzenie. Czasem bywa krępująca, czasem przygnębiająca, a czasem pełna oczekiwania. Jak wtedy gdy musisz pomyśleć życzenie tuż przed zdmuchnięciem świeczki. Cisza spadających na ziemię pierwszych płatków śniegu i nocnej przejażdżki. Cisza rozumiejących się bez słów przyjaciół. Bodaj dwadzieścia dziewięć rodzajów ciszy na trzydziestu dwóch stronach. Wśród nich i ten szczególny, który stał się inspiracją do powstania książki - "before the concert starts quiet".


Jest w ilustracjach pochodzącej z Warszawy artystki coś kameralnego, wręcz kojącego. Często odwołuje się do swoich wspomnień z okresu dzieciństwa i być może dzięki temu kreowane przez nią obrazy emanują ciepłem, ale pobrzmiewa w nich również lekko nostalgiczna nuta. Stonowana paleta barw dobrze koresponduje z motywem przewodnim picturebooka, a mali bohaterowie (niedźwiadek, królik i spółka) mają w sobie sporo uroku. Liwska rysuje ołówkiem, głównie w szkicowniku, z którym nie rozstaje się prawie nigdy. Po zeskanowaniu dodaje warstwami kolory w photoshopie. Wielokrotnie nagradzana, ma na swoim koncie również dwa autorskie książki obrazkowe: "Red wagon" i "Little Panda". Jej ulubiony rodzaj ciszy to, nie może być inaczej, "drawing a picture book quiet".


Last but not least "The Quiet Book" wydaje się wprost wymarzoną pomocą dydaktyczną. Jeśli poszukujesz inspiracji na warsztaty z dzieciakami, śmiało sięgaj po tę pozycję. Autorki poszły za ciosem i na fali popularności stworzyły również "The Loud Book" i "The Christmas Quiet Book".



The Quiet Book
Deborah Underwood
Illustrated by Renata Liwska
Houghton Mifflin Book 2010

poniedziałek, 12 marca 2018

Life and I: A story about Death, Elisabeth Helland Larsen & Marine Schneider

Nie łatwo o niej mówić ani pisać. Szczególnie w naszej kulturze stanowi tabu. Ale marginalizując problem, nie sprawiamy, że przestaje istnieć. I chociaż przeraża nas perspektywa własnej śmierci, a jeszcze bardziej śmierci tych których kochamy, to może lepiej próbować się z nią zmierzyć i pomóc w tym dziecku. Pretekstem niech będzie piękny picturebook „Life and I: A story about Death”, który ukazał się nakładem wydawnictwa Little Gestalten. Norweżka Elisabeth Helland Larsen i belgijska ilustratorka Marine Schneider w poetycki sposób próbują wytłumaczyć fenomen śmierci. Co istotne, robią to z wielkim wyczuciem i odwagą nie tak znowu często spotykaną w literaturze dziecięcej. Nie bez znaczenia pozostaje tutaj osobiste doświadczenie pisarki, która przez ponad dwadzieścia lat pracowała w szpitalach i hospicjach, obozach dla uchodźców, a także cyrkach i teatrach. Jej literacka wrażliwość wraz z zaskakująco dojrzałymi ilustracjami debiutantki Schneider składają się na wysmakowaną, ale przede wszystkim mądrą całość. Wymagającą refleksji, poruszającą, ale nie przytłaczającą.


Młoda, zielonooka dziewczyna, z zarumienionymi od jazdy na rowerze policzkami i kwiatami we włosach nie budzi strachu. Czy chcą, czy nie, odwiedza tych, których zgodnie ze swym przeznaczeniem odwiedzić musi. Starszych, młodych, nienarodzonych, ptaki i zwierzęta. Tych, którzy się boją i tych którzy czekają. Czasem wielu w tym samym czasie i miejscu. Łagodna i czuła dokłada wszelkich starań aby uczynić moment przejścia jak najmniej bolesnym. A z ich odejściem pojawia się nowe – marzenia, słowa, ludzie – i wypełnia ziemię. Taka jest bowiem nieuchronna kolei rzeczy w odwiecznym cyklu życia i śmierci.


No właśnie, życia (spersonifikowanego jako lustrzane odbicie śmierci), bo i o nim jest ta opowieść. Opowieść, którą czyta się trochę jak hymn pochwalny opiewający piękno tego świata w różnych jego aspektach. Być może za sprawą utrzymanych w czystej, pastelowej kolorystyce i wykonanych ręcznie ilustracji Schneider. Pełnych kwiatów, motyli, grzybów i leśnych stworów. Bogate w detale zapraszają do uważnego śledzenia plansz, a z każdym podejściem odnajdujemy coś nowego (mnie np. urzekł pojawiający się to tu, to tam ślimak z domkiem na grzbiecie). Zachęcam do tego tym bardziej, że obrazy w tej książce często prowadzą własną, odrębną od tekstu narrację, co jest dla czytelnika dodatkowym wyzwaniem.


I wreszcie to również opowieść o nadziei i miłości. Miłości, która nigdy nie umiera i która pokonuje smutek i nienawiść. Nie do końca satysfakcjonuje mnie trącące lekko banałem zakończenie, nie wpływa to jednak w większym stopniu na odbiór „Life and I: A story about Death”, pozycji dla miłośników picturebooków obowiązkowej. Książka doczekała się kontynuacji zatytułowanej "I am Life".




Life and I: A story about Death”
by Elisabeth Helland Larsen and Marine Schneider
Translated by Rosie Hedger
Little Gestalten
Berlin 2016

wtorek, 13 lutego 2018

The Big Question, Leen van den Berg & Kaatje Vermeire

Jeśli kogoś kochasz, jeśli wiesz. Czym jest miłość, jaki jest jej sens śpiewali niegdyś Chłopcy z Placu Broni. No dobrze, a co zrobić jeśli jednak masz wątpliwości? Wszak nie od dziś wiadomo, że to materia nad wyraz skomplikowana i wysoce subiektywna. Przed takim problem stanęła słonica, bohaterka kolejnego już na tym blogu picturebooka z wydawnictwa Book Island. Walentynki za pasem sprzyjają snuciu historii miłosnych, a wyjątkowo piękną i uniwersalną zaprezentowały w "The Big Question" panie Leen van den Berg i Kaatje Vermeire. To wspaniała książka o byciu razem i potrzebie bliskości, niebędącej tutaj wyłącznie domeną człowieka. Oryginalnie ukazała się kilka lat temu w języku niderlandzkim, za angielski przekład odpowiada David Colmer.
 

Co dwie głowy nie to jedna mówi stare przysłowie, zwierzęta zwołują więc walne zgromadzenie, aby wspólnymi siłami odpowiedzieć na ważkie pytanie Skąd wiesz, że jesteś zakochany? Głosów jest co nie miara, a każdy inny, bo i przekrój postaci zróżnicowany i niebanalny. Kiedy widzę moją ukochaną, zaczynam się rumienić - szepcze nieśmiało jabłko. Królewna Śnieżka zapomina o wszystkich zmartwieniach całując swego księcia, a obłoki chichocząc wyznają, że nawet płyną po niebie w tym samym kierunku. Miłość, okazuje się, to również pamięć po stracie. Wspólne milczenie. I radość, z tego, że to ja jestem chory, nie ona. Konkluzja jest jedna – nie ma jednej definicji, a w zasadzie każda jedna jest prawdziwa. Bo miłość jest tym, czym ją uczynimy. I tylko zapracowana mrówka, przewodnicząca spotkania, nic z tego zdaje się nie zrozumiała. Smutna to aluzja do naszego współczesnego, zabieganego świata. Świata w którym tracimy coś bardzo cennego i tylko w mglistych przebłyskach zdajemy sobie z tego sprawę.


Skoro już mowa o miłości, pokochałam picturebooki między innymi za to, że można do nich powracać w nieskończoność, z każdą lekturą odkrywając nowe warstwy znaczeń, które niesie obraz. "The Big Question" mam w posiadaniu od jakiegoś miesiąca i czuję, że jestem dopiero gdzieś w połowie drogi, wiele jeszcze przede mną. Kaatje Vermeire, serwuje nam niezwykle wyrafinowaną ucztę wizualną. Łącząc bardzo różne techniki takie jak suchoryt, rysunek, malarstwo czy kolaż (może stąd pierwsze skojarzenie z Iwoną Chmielewską), tworzy niepowtarzalne, bogate w szczegóły ilustracje. Poetyckie, lekko oniryczne, doskonale współgrają z filozoficznym wydźwiękiem opowieści. Początkowo ciemne i stonowane eksplodują ferią barw (pink power!) na przedostatniej zatytułowanej przeze mnie roboczo all you need is love planszy.


Ta pozycja to znakomite zaproszenie do dyskusji z dzieckiem (jeśli je masz), ale też po prostu świetny prezent jaki sprawić możesz sobie albo bliskiej osobie. Sezon na miłość uważam za otwarty! Niech trwa przez cały rok.


                                      The Big Question
                                      Written by Leen van den Berg
                                      Illustrated by Kaatje Vermeire
                                     Translated by David Colmer
                                     Book Island 2014

                                    

piątek, 9 lutego 2018

Witchfairy, Brigitte Minne, Illustrated by Carll Cneut

We współczesnej literaturze dziecięcej pojawia się coraz więcej dziewczynek i z radością odnotowuję, że są to zgoła inne bohaterki od tych, które pamiętam z mojego, przypadającego na lata osiemdziesiąte, dzieciństwa. Silne i niezależne, przełamują stereotypy i mają dość odwagi, aby szukać swojego miejsca w świecie. Taką drogą konsekwentnie podąża Rosemary w "Witchfairy" ciekawej i ważnej opowieści autorstwa belgijskiego duetu Brigitte Minne i Carlla Cneuta. Wizualnie olśniewający picturebook ukazał się nakładem Book Island i warto tego wydawcę, a właściwie wydawczynię zapamiętać, jeśli szukamy nietuzinkowych książek dla dzieci, wartościowych literacko, a przy tym edytorsko i graficznie dopracowanych w każdym calu.

 
 
Rosemary chciałaby jeździć na wrotkach i zostać czarownicą. Niestety tak się składa, że jest wróżką, a jak to z wróżkami bywa, wiadomo. Są śliczne, czyste i rzecz jasna grzeczne. Nie ma mowy o żadnych psotach i ekscesach, jeśli jedzą ciastko, to nie kruszą, a kiedy piją herbatę, to nie uronią ani kropli na swe schludne sukienki. Słowem nuda. I w tym momencie przychodzi mi do głowy Lusia z innej świetnej książki dla dzieci. Pamiętacie "Grzeczną" Gro Dahle i Sveina Nyhusa (wyd. EneDueRabe)? Opowieść o dziewczynce, tak posłusznej i potulnej, że aż pewnego dnia zniknęła, rozpłynęła się w ścianie. Znajduje jednak w sobie siłę i uwalnia się krzykiem. Nie daje sobie w kaszę dmuchać  również Rosemary. Na przekór mamie i społeczności opuszcza pałac w chmurach i podąża do lasu, żeby dołączyć do czarownic (i świetnie się przy tym bawi, a jakże). Brigitte Minne poprowadziła tę historię bardzo mądrze, obdarzając swoją bohaterkę nie tylko wyrazistą osobowością, nieustępliwym charakterem, ale też kochającą i w ostatecznym rozrachunku, akceptującą rodzicielką. I pozwalając dojrzeć im obu.

 
Z Carllem Cneutem już tak jest, że cokolwiek weźmie na warsztat, efekt końcowy powala. Zachwyciły się nim Dwie Siostry wydając „Złotą klatkę czyli Prawdziwą historię księżniczki czystej krwi” baśń Włoszki Anny Castagnoli i związany z nią autorski zeszyt aktywnościowy Cneuta. Mam szczerą nadzieję, że następną w kolejności będzie właśnie "Witchfairy". W oryginale "Heksenfee” ma interesującą historię - pierwsze wydanie ujrzało światło dzienne już w 1999 roku. Zilustrował je nie kto inny, a Carll Cneut, który po prawie dwudziestu latach postanowił raz jeszcze podjąć wyzwanie i w ten sposób dostajemy starą-nową książkę. I chwała mu za to.


Dbałość o szczegóły i mnogość detali zaskakuje z każdą kolejną planszą. Nic dziwnego, że czas pracy przypadający na jedną książkę to mniej więcej rok, przyznaje Cneut. Wymagająca jest też technika którą stosuje. Nakłada wiele warstw farby (bardzo gęste akryle) malując od ciemnego do jasnego wzorem flamandzkiego mistrza Antoona van Dycka. Mimo ograniczonej palety kolorów zręcznie buduje nastrój operując kontrastem i przechodząc od atrakcyjnego dla wróżek (i pewnie niektórych dziewczynek również, nawet tych trzydziestoparoletnich) różu w różnych jego odcieniach, do bardziej mrocznych, leśnych barw bazujących na ciemnej zieleni, szarościach spowijających nieco tajemniczy świat czarownic. Zapytany oto jak widzi rolę ilustratora odpowiada: "Zawsze staram się zostawić pewną przestrzeń między słowem pisanym a obrazem, aby było pole do interpretacji”.




Na zakończenie słów kilka o papierze, który nie tylko jest bardzo przyjemny w dotyku, ale posiada również certyfikację FSC, czyli Forest Stewardship Council, organizację działającą na rzecz promowania praktyki zrównoważonego leśnictwa na całym świecie. Nie pochodzi wprawdzie z recyclingu, ale został pozyskany w sposób przyjazny dla środowiska.

 
Zachęcam do zajrzenia na stronę Book Island i obejrzenia wywiadu z ilustratorem:

https://vimeo.com/237620779 


Witchfairy
Written by Brigitte Minne
Illustrated by Carll Cneut
Translated by Laura Watkinson
Book Island 2017

środa, 17 stycznia 2018

House held up by the trees, Ted Kooser, illustrated by Jon Klassen

Picturebook House held up by the trees to wynik współpracy Teda Koosera, jednego z najbardziej cenionych współczesnych poetów amerykańskich i gwiazdy ilustracji książkowej, Kanadajczyka Jona Klassena. Pierwszy z pozostaje u nas niestety praktycznie nieznany, drugi zaistniał w świadomości polskich czytelników dzięki Wydawnictwu Dwie Siostry (Gdzie jest moja czapeczka?, O! Kapelusz!). W efekcie powstała niezwykle przejmująca i rozgrywająca się na wielu płaszczyznach opowieść o samotności, transformacji i triumfie natury. Historia o ogromnej sile wyrazu i ładunku emocjonalnym. Na polską premierę, jeśli w ogóle, przyjdzie nam zapewne długo czekać. Mimo, że rynek książki obrazkowej rozwija się prężnie, to jednak przed nami ciągle długa droga. 



Był sobie dom. Ale wcześniej był las, drzewa jednak wykorzystano do budowy domu. Zamieszkała w nim rodzina. Ojciec z zapałem godnym lepszej sprawy poświęca się pielęgnacji działki, plewiąc i usuwając wszelkie niepożądane elementy. Dzieci bawią się i odpoczywają pod lasem sąsiadującym z posesją. Pachną maleńkie zielone kwiaty, ojciec kosi trawnik, a nasiona dębu, klonu, wiązu wirują w powietrzu za nic mając jego wysiłek. Matka być może odeszła, być może umarła, nie wiemy. Mijają kolejne lata, dzieci dorastają, a w końcu odchodzą. Ojciec niestrudzenie kontynuuje walkę o zachowanie status quo. Aż przychodzi dzień kiedy opuszczają go siły i podejmuje decyzje o przeprowadzce do miasta. Dom zostaje wystawiony na sprzedaż, a po jakimś czasie z braku zainteresowania, porzucony. Wydawać by się mogło, że przez wszystkich, ale czy na pewno?

Prostota tej realistycznej miniatury naszkicowanej przez Koosera, nomen omen zdobywcę poetyckiego Pulitzera, podobnie jak w przypadku jego wierszy, jest nieco przewrotna. Z pozoru oswojony i dobrze znany świat pod powierzchnią skrywa coś znacznie bardziej nieprzewidywalnego, niż nam się wydaje. Tak jak w pierwszej książce dla dzieci Bag in the Wind i tutaj dotyka problemu izolacji przyglądając się przy tym niełatwej relacji człowieka z naturą. Dystans emocjonalny, niemożność komunikacji, ucieczka to motywy stale wybrzmiewające w tej opowieści.


Nastrój potęgują obrazy Jona Klassena, który posłużył się m.in. gwaszem, techniką malarską często wykorzystywaną w ilustracji książkowej. Zaskakują perspektywą i stonowaną, lekko przygaszoną kolorystyką. I mnóstwem drobnych, uderzających z wielką mocą detali. Jak ten choćby ten, kiedy dzieci żegnają się z ukochanym miejscem zabaw dziecinnych. Smutek rozstania kryje ostatnie spojrzenie w stronę lasu, choć wcale nie widzimy ich twarzy i mały listek w ręku dziewczynki. Albo scena w której ojciec siedzi samotnie przed domem wpatrując się gdzieś hen w horyzont. Obok niego stoi puste krzesło, a przez okno, zaglądamy do pustego, ciemnego domu, z pustym talerzem na stole. 

W zasadzie gdyby nie wątek, nazwijmy go roboczo "ekologiczny", ciężko byłoby udźwignąć nieco depresyjny charakter książki Koosera i Klassena. I nie jest to w żadnym razie zarzut, raczej stwierdzenie faktu, bo kto powiedział, że zawsze ma być wesoło, przyjemnie i kolorowo. Życie takie bywa, ale jak wszyscy dobrze wiemy nie zawsze, a skądinąd ta historia to znakomicie nakreślona piórem i pędzlem metafora ludzkiego losu. Ale do rzeczy. Opowieść nie urywa się wraz z odejściem ojca. O dom upomina się przyroda, krok po kroku przejmując we władanie to, co lata temu zostało bezprawnie odebrał jej człowiek. I na tym poprzestanę, nie chcąc zdradzać zbyt wiele (chociaż sam tytuł poniekąd to czyni). Bardzo chciałabym wierzyć, że natura, mimo przeciwności, odnajdzie właściwą drogę, choć nie ukrywam, że spoglądając na rodzime podwórko, gdzie nic tylko wióry lecą i słychać odgłosy pracujących pił, przychodzi mi to nie bez trudu. 




House held up by the trees
Ted Kooser, illustrated by Jon Klassen 
Candlewick Press 2012

 


piątek, 12 stycznia 2018

The Melancholy Death of Oyster Boy & Other Stories, Tim Burton

Ta niewielkich rozmiarów (zaledwie 115 stron) książka to prezent świąteczny od bliskiej memu serca osoby opatrzony adnotacją: "To jest tak bardzo burtonowskie, że poddałem się po drugiej stronie. Pomyślałem, że w Twój gust trafi idealnie". I w rzeczy samej The melancholy death of oyster boy & other stories okazało się miłą (na swój specyficzny sposób) niespodzianką, przyznam bowiem, że chociaż wobec dokonań reżysera nie pozostaje obojętna, to o jego pisarskim wcieleniu nie miałam pojęcia. Nie jest to z pewnością dzieło wybitne, ale po pierwsze wcale być nie musi, a po drugie dostarczyło mi około trzydziestu minut czystej radości. No może subtelnie zabarwionej nutą melancholii. A to już wystarczający powód aby poświęcić mu kilka (ciepłych) słów. Zaznaczam przy tym od razu, że jest to raczej pozycja, którą zakwalifikowałabym do tego, co kryje się pod drugą częścią nazwy bloga, czyli raczej "nie tylko" niż "dla dzieci".


Jak pokazuje casus mojego partnera, Tima Burtona albo się lubi albo nie, obojętność nie wchodzi w grę. Zatem jeśli Twoim ukochanym filmem z dzieciństwa nie jest "Sok z żuka", jeśli nie wylałeś wiader łez utożsamiając się z wycofanym wrażliwcem, zamiast dłoni mającym nożyce i nigdy nie chciałeś adoptować Vincenta omijaj te makabreski szerokim łukiem. Mamy tu bowiem Burtona w pigułce, z tą różnicą, że tym razem swoje mroczne fantazje przelał na papier, nie na ekran. Spora dawka czarnego humoru niczym u Edwarda Goreya (przy całej sympatii, do poziomu mistrza Timowi jednak daleko), groteska, groza, a wszystko to, serwuje nam autor z dużą dozą uroku.

 
Bohaterowie Burtona sprawiają wrażenie żywcem wyjętych z jego filmów. To galeria dwudziestu czterech wyrzutków borykających się z brakiem akceptacji rodziców, rówieśników i społeczeństwa. Samotni, spragnieni miłości, przechodzą przez piekło dojrzewania i piekło ostracyzmu. Nie ma dla nich nadziei w tym okrutnym świecie, ani ucieczki od przeznaczenia, którym nie oszukujmy się, jest cierpienie i śmierć. Jak choćby w przypadku chłopca z tytułowej opowieści, potraktowanego przez przez ojca impotenta jako afrodyzjak i...no cóż, zjedzonego. Znajdziemy tu m.in. dzieci po traumatycznych przejściach, zdeformowane, hybrydowe pół roboty, pół ostrygi i wiele innych nieuleczalnych przypadków. Smutni i niekochani, aż chciałoby się ich zabrać na ciastko, przytulić i szepnąć, że jeszcze wszystko będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie (ale nie łudźmy się – nie będzie). Żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia, bo jednak los tych nieszczęśników nas bawi.

 
I znowu, jeśli znajdujesz upodobanie w estetyce Burtona, ilustracje nie rozczarują. Proste, groteskowe, często wykonane za pomocą jednej linii bardzo przypominają styl angielskiego rysownika Quentina Blake'a. Stanowią znakomite uzupełnienie zabawnych, poetyckich mini portretów. Oczywiście można by się nad jakością tychże pochylić i dywagować, ale raczej nikt tu nie aspiruje do Nagrody Pulitzera w dziedzinie poezji, więc uważam to za zbędne. Podsumowując The melancholy death of oyster boy & other stories to niezobowiązująca lektura na któryś z zimowych wieczorów. Nie wyciągniesz z niej czytelniku żadnej nauki (no może poza tą, że lepiej wystrzegać się seksu z urządzeniami kuchennymi), ale nie będziesz żałował tych trzydziestu minut.



The Melancholy Death of Oyster Boy & Other Stories
Tim Burton
Faber and Faber
United Kingdom, 1998


środa, 10 stycznia 2018

W Jeżynowym Grodzie, Jill Barklem

W jeżynowym g


Choć we wprowadzeniu Barklem pisze, że trudno jej odpowiedzieć na pytanie o genezę Jeżynowego Grodu, bo istniał on od zawsze, łatwo znaleźć informację, że pomysł na mysią sagę zakiełkował w trakcie długich dojazdów z rodzinnego domu w Epping do Londynu, gdzie studiowała w St Martin's School of Art. Przez ponad pięć lat zgłębiała historię naturalną, rzemiosło i folklor dopieszczając wizję, którą ostatecznie przelała na papier w roku 1980. Wtedy właśnie ukazały się pierwsze cztery tomy (Opowieść wiosenna, letnia, jesienna i zimowa), kolejne historie (Tajemnicze schody, Wysokie wzgórze, Morska opowieść, Dzidziusie Makóweczki) w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Będąc uważną obserwatorką angielskiej prowincji stworzyła miniaturowy świat - jej niemal wierne odzwierciedlenie. 



Odzierając go przy tym z wszelkich wad, a co za tym idzie również z charakteru. Papierowi bohaterowie wiodą proste i szczęśliwe życie w zgodzie z naturą i cyklami przyrody. Wszyscy są tu dla siebie mili, troszczą się o dobro wspólne, o sąsiada, dzieci. Słowem mysia Arkadia. Brak jakichkolwiek zmartwień, trosk dnia codziennego, zagrożeń. Jest to świat w którym nie uświadczysz chorób, śmierci, niebezpieczeństw. Na pewno w jakiś sposób pociągający, ale czy jednak nie gości w nim nuda? Kto wyrastał na "O czym szumią wierzby" Kennetha Grahame'a, śledząc z zapartym tchem przygody Ropucha, Szczura, Kreta i Borsuka, wie o czym mowa. Antropomorfizacja zwierząt to wdzięczny zabieg dający sporo możliwości, tutaj jednak w moim odczuciu nie w pełni wykorzystany. Trudno oprzeć się też wrażeniu, że dramaturgia zdarzeń w Jeżynowym Grodzie nieco kuleje, myszki wprawdzie wykorzystują każdą nadarzającą się okazję do zabawy, organizując przeróżne bale, przyjęcia, pikniki, ale czy to wystarczy by wymagającego dziecięcego czytelnika zainteresować? 



Ogromna popularność Jeżynowego Grodu (ponad siedem milionów sprzedanych egzemplarzy, tłumaczenie na kilkanaście języków, animowany serial telewizyjny) wskazuje na to, że tak. Ja pozostaję jednak tutaj nieco sceptyczna składając ten fakt na karb znakomitych ilustracji, czyli tego, co w książkach Angielki zdecydowanie najlepsze. Pisarką pozostaje dla mnie przeciętną, jednak chylę czoła przed Barklem ilustratorką. Jej niezwykle drobiazgowe prace zachwycają detalami i żywą, jasną i czystą kolorystyką przywodząc na myśl dokonania pionierek książki obrazkowej - sławnej Beatrix Potter, Szwedki Else Beskow czy Niemki Sybille von Olfers, artystek tworzących w stylu art nouveau. Ciepłe i nostalgiczne, spodobają się dzieciom, ale i dorosłym szukającym chwilowego wytchnienia od współczesnej ilustracji (skądinąd niezwykle ciekawej i przeżywającej m.in. w Polsce okres wielkiego rozkwitu).

 
"W Jeżynowowym Grodzie" to jedna z tych książek, po których lekturze puszczasz się pędem do lodówki w poszkuwaniu czegoś na ząb. I we mnie z każdym kolejnym opisem pikniku, balu co rusz wzbierała ochota (nie mówiąc o apetycie), aby spakować koszyk i biec do lasu lub na łąkę w poszukiwaniu smakołyków na obiad. Kandyzowane fiołki, pierwiosnkowy pudding, owsiane placuszki z jarzębinową galaretką, sałatka z mleczy, różane masło, herbatka z liści jeżyn, żołędziowa kawa czy wino z czarnego bzu, to tylko niewielka część potraw przygotowanych z darów natury. Takiego jadłospisu nie powstydziłby się zapewne ani Łukasz Luczaj, ani Małgorzata Kalemba-Drożdż, wspaniali propagatorzy dzikiej kuchni, dostrzegający potencjał kulinarny w dzikich roślinach i kwiatach. Wszystkie dania autorka osobiście testowała najpierw we własnej kuchni. Będąc zapaloną zbieraczką ziół, chwastów i wszelakich dóbr dostępnych na polach, łąkach etc. i zagorzałą fanką wymienionej dwójki, a także mając na względzie piękne ilustracje, jestem w stanie nieco przymknąć oko na niedostatki fabuły. Na tyle by książkę bez nadmiernej ekscytacji, lecz z czystym sumieniem polecić.






W Jeżynowym Grodzie
Jill Barklem
tłum. Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk
Znak emotikon
Kraków 2017