piątek, 12 stycznia 2018

The Melancholy Death of Oyster Boy & Other Stories, Tim Burton

Ta niewielkich rozmiarów (zaledwie 115 stron) książka to prezent świąteczny od bliskiej memu serca osoby opatrzony adnotacją: "To jest tak bardzo burtonowskie, że poddałem się po drugiej stronie. Pomyślałem, że w Twój gust trafi idealnie". I w rzeczy samej The melancholy death of oyster boy & other stories okazało się miłą (na swój specyficzny sposób) niespodzianką, przyznam bowiem, że chociaż wobec dokonań reżysera nie pozostaje obojętna, to o jego pisarskim wcieleniu nie miałam pojęcia. Nie jest to z pewnością dzieło wybitne, ale po pierwsze wcale być nie musi, a po drugie dostarczyło mi około trzydziestu minut czystej radości. No może subtelnie zabarwionej nutą melancholii. A to już wystarczający powód aby poświęcić mu kilka (ciepłych) słów. Zaznaczam przy tym od razu, że jest to raczej pozycja, którą zakwalifikowałabym do tego, co kryje się pod drugą częścią nazwy bloga, czyli raczej "nie tylko" niż "dla dzieci".


Jak pokazuje casus mojego partnera, Tima Burtona albo się lubi albo nie, obojętność nie wchodzi w grę. Zatem jeśli Twoim ukochanym filmem z dzieciństwa nie jest "Sok z żuka", jeśli nie wylałeś wiader łez utożsamiając się z wycofanym wrażliwcem, zamiast dłoni mającym nożyce i nigdy nie chciałeś adoptować Vincenta omijaj te makabreski szerokim łukiem. Mamy tu bowiem Burtona w pigułce, z tą różnicą, że tym razem swoje mroczne fantazje przelał na papier, nie na ekran. Spora dawka czarnego humoru niczym u Edwarda Goreya (przy całej sympatii, do poziomu mistrza Timowi jednak daleko), groteska, groza, a wszystko to, serwuje nam autor z dużą dozą uroku.

 
Bohaterowie Burtona sprawiają wrażenie żywcem wyjętych z jego filmów. To galeria dwudziestu czterech wyrzutków borykających się z brakiem akceptacji rodziców, rówieśników i społeczeństwa. Samotni, spragnieni miłości, przechodzą przez piekło dojrzewania i piekło ostracyzmu. Nie ma dla nich nadziei w tym okrutnym świecie, ani ucieczki od przeznaczenia, którym nie oszukujmy się, jest cierpienie i śmierć. Jak choćby w przypadku chłopca z tytułowej opowieści, potraktowanego przez przez ojca impotenta jako afrodyzjak i...no cóż, zjedzonego. Znajdziemy tu m.in. dzieci po traumatycznych przejściach, zdeformowane, hybrydowe pół roboty, pół ostrygi i wiele innych nieuleczalnych przypadków. Smutni i niekochani, aż chciałoby się ich zabrać na ciastko, przytulić i szepnąć, że jeszcze wszystko będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie (ale nie łudźmy się – nie będzie). Żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia, bo jednak los tych nieszczęśników nas bawi.

 
I znowu, jeśli znajdujesz upodobanie w estetyce Burtona, ilustracje nie rozczarują. Proste, groteskowe, często wykonane za pomocą jednej linii bardzo przypominają styl angielskiego rysownika Quentina Blake'a. Stanowią znakomite uzupełnienie zabawnych, poetyckich mini portretów. Oczywiście można by się nad jakością tychże pochylić i dywagować, ale raczej nikt tu nie aspiruje do Nagrody Pulitzera w dziedzinie poezji, więc uważam to za zbędne. Podsumowując The melancholy death of oyster boy & other stories to niezobowiązująca lektura na któryś z zimowych wieczorów. Nie wyciągniesz z niej czytelniku żadnej nauki (no może poza tą, że lepiej wystrzegać się seksu z urządzeniami kuchennymi), ale nie będziesz żałował tych trzydziestu minut.



The Melancholy Death of Oyster Boy & Other Stories
Tim Burton
Faber and Faber
United Kingdom, 1998


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz